Jak to jest pojechać na konwent świeżo po załamaniu nerwowym, lub może raczej w jego trakcie? - Relacja z Jagaconu

Jak to jest pojechać na konwent świeżo po załamaniu nerwowym, lub może raczej w jego trakcie? - Relacja z Jagaconu 

Witajcie w kolejnym poście na blogu! 
Dokładnie tak jak wspominałam kilka wpisów wcześniej, postanowiłam zrobić post z ogólną relacją z tegorocznego Jagaconu. Wiem, tytuł jest dość...że tak powiem ciekawy, ale jeżeli jesteście ciekawi o co tak naprawdę chodzi, to niestety musicie przeczytać całość tekstu. Także ten, enjoy! ;D
(Uwaga, opisy będą mega obszerne)
Dzień 1
Zaczynając od samego początku, ten dzień miał być w stu procentach zaplanowane. Pociąg sprawdzony, wszystkie rzeczy na miejscu, teraz pozostawało się tylko spakować. No i właśnie tu nastąpił pierwszy mankament, ponieważ wyszło na to, że bierzemy ze sobą: -1 gargantuiczna torba, -1 halabarda która się nigdzie nie zmieściła, -1 torba z kapeluszem do mojego stroju, - plecak z resztą stroju i podręcznymi rzeczami, -1 torba z rzeczami brata, -1 torba z jedzeniem.

Jak widzicie, było tego naprawdę sporo, a my zastanawialiśmy się dobre dwie godziny jak to ugryźć, ponieważ ze stacji w Kostomłotach mieliśmy przejść piechotą jeszcze dobrych pięć kilometrów na miejsce wydarzenia i no...jakoś nie za bardzo podchodziło nam wleczenie tylu gratów. Mieliśmy torbę na kółkach, ale zrezygnowaliśmy z niej. Przepakowaliśmy rzeczy do spania do mniejszej i zamknęliśmy ,,na chama", ja przywiązałam sobie poduszki do plecaka, matę przyczepiliśmy do wspomnianej torby no i ogólnie...zmusiliśmy wszystkie siły wszechświata, aby pozwoliły nam zapakować się z tym wszystkim w jedną, o połowę mniejszą torbę i dwa plecaki. Daliśmy radę, choć wciąż musiałam nieść w rękach także halabardę i reklamówkę z kapelutkiem.

Czułam się ogólnie nieco dziwnie, ponieważ aby dojść na stację z której odjeżdżaliśmy, musieliśmy przejść przez pół naszego osiedla, gdzie babciny monitoring jest dosłownie wszędzie. No wiecie, chodziło o moją pseudo broń ;D Na szczęście, udało mi się tak schować wiadomą część za torbą, że wyglądaliśmy, jakbyśmy jechali na najzwyczajniejszy biwak w lesie. No wiecie, wolałam uniknąć plotek, ponieważ wiadomo jak to się kończy... ,,Ej, ej...bo wiesz, ta twoja córka to taka trochę nienormalna jest. Z jakimś kijem dziwnym pod blokiem chodzi! A syn, on to w jakiejś sukience! (strój assasyna z pierwszego konwentu)

W każdym razie, dotarliśmy na stację i okazało się, że nasz pociąg co prawda przyjechał, ale jesteśmy kompletnie po złej stronie. Jedyne przejście przez tory jest chyba dobry kilometr dalej, więc nie mieliśmy w sumie innego wyboru, jak...wskoczyć na tory i przebiec na drugą stronę (spadek ok 1 metr) mając nadzieję, że w tym czasie nic nas nie zabije. Tak, a to wszystko z naszymi klamotami i torbą która ważyła sobie z 50 kilo XD

Ale cóż, było ok. Wsiedliśmy do pociągu i jakoś tak wyszło, że postanowiliśmy stać przez całą podróż w przedsionku, ponieważ nasza miejscowość była całkiem blisko docelowej. Niestety, okazało się to być o wiele dalej, niż nam się zdawało. Także wiecie, stałam oparta o jeden z foteli, starając się ukryć fakt, że mam w rękach halabardę. No wiecie, jakoś po prostu nie czułam się komfortowo chodząc z nią przy zwykłych, niewtajemniczonych ludziach. Najgorsze było to, że wszyscy na nas zerkali. No i właśnie wtedy, załamanie zaczęło dawać o sobie znać. Nie jestem pewna, jak to dobrze wytłumaczyć. Po prostu miałam ochotę momentalnie zatrzymać pociąg i wyrzucić wszystkich na zewnątrz. ,,Zniknijcie mi wszyscy z oczu" - tylko tyle miałam w głowie przez połowę podróży. Udało mi się na szczęście trochę uspokoić, kiedy dwaj goście którzy nas obgadywali i było to słychać - zasnęli, a obok nas zatrzymał się kontroler, który okazał się naprawdę przemiłym i zabawnym człowiekiem.

Podczas wysiadki, okazało się, że drzwi nie są na czujnik a dosłownie otwierają się na określoną chwilę i tym sposobem o mało nie przytrzasnęły mi ręki...Wysiedliśmy na swojej stacji, rozejrzeliśmy się i ramiona nam opadły. Staliśmy na kawałku wybetonowanej stacji (max 5 metrów) pośrodku szczerego pola! Z prawej strony widzieliśmy jakiś most, za którym pewnie była może autostrada, ale google nawigacja definitywnie prowadziła nas w odwrotną stronę, prosto przez krzaki. Na początku nas to rozbawiło, zrobiliśmy nawet kilka zdjęć, na których wciągamy nasze bagaże w jakieś dzikie zarośla, żeby przejść dalej. Z początku planowaliśmy wysłać je tacie, który podczas naszej wycieczki miał wyjechać nad morze, ale zrezygnowaliśmy, kiedy po pierwszym kilometrze ogarnęła nas frustracja. Każde z nas niosło swoje graty i jeszcze tą potworną torbę, która ciągnęła nas do ziemi. W końcu udało nam się odnaleźć jakąś wąską (jak na jedną nogę) ścieżkę, tuż przy torach. Google nawigacja potwierdziła, że mamy się jej trzymać...

Tak, przez zdecydowaną większość naszej drogi po prostu szliśmy przez jakiś busz, nie napotykając po drodze żadnych innych stacji, ani śladów które mogłyby świadczyć o tym, że trzy kilometry dalej naprawdę znajduje się miasto. To był już moment, w którym naprawdę mieliśmy ochotę odwrócić się na piętach, wrócić na ,,stację" i czekać na pierwszy lepszy pociąg powrotny. Stety a może niestety, ochłonęliśmy chwilę i zdecydowaliśmy, że nie odpuścimy tak łatwo i tam dojdziemy a w mieście najwyżej złapiemy busa.

I tak szliśmy, przez dwie godziny, w okropnym słońcu. Przyznam, że od pewnego momentu nie miałam już kompletnie siły żeby iść dalej (jestem małą osobą a my mieliśmy jak na nas, gigantyczny bagaż - wagowo, plus masę innych toreb i dupereli, które mnie strasznie irytowały). Wiecie, ogólnie rzecz biorąc, byłam wściekła, ale nie chciałam tego po sobie pokazywać, żeby jeszcze bardziej nie popsuć nam dnia. Byłam niesamowicie zmęczona, obolała, zawiedziona i w dodatku spocona. Nienawidzę potu i już spodziewałam się, że na miejscu nie będzie pryszniców - konwent odbywał się w szkole. Najgorsze było to, że wszyscy przechodniowie na nas patrzyli. Wiem, szliśmy z tym wszystkim kompletnie niezgrabnie, zlani potem i wgl, ale...eh, w sumie nie znajduję usprawiedliwienia. Patrzyli na dwójkę dziwaków, tyle w temacie.

Pomijając już nasze męczarnie podczas marszu śmierci, a przejdę do momentu, w którym wreszcie zobaczyliśmy bramę budynku. Nie powiem, to wyglądało mało konwentowo. Nie widziałam zbyt wielu ludzi, tym bardziej cosplayerów i ogólnie...było pusto. Podeszliśmy do wejścia, gdzie okazało się, że...pomimo iż dotarliśmy na dwie godziny po czasie, akredytacja dopiero co się zaczęła i ja sama miałam około 30 numer na liście uczestników.

W tamtym momencie bardzo mi ulżyło, bo bałam się, że w sleep roomach nie będzie już nawet odrobiny miejsca, żeby się rozłożyć, wstąpiły we mnie też jakieś nowe siły, choć wciąż byłam wściekła na cały świat. Podczas samej akredytacji, gdy zostałam zapytana o to, jak mam zostać podpisana na identyfikatorze, te wspomniane siły momentalnie gdzieś zniknęły. Poczułam się tak zmęczona, że nie potrafiłam sobie w ogóle przypomnieć mojego nicku, którego używam praktycznie wszędzie i poprosiłam, żeby mnie po prostu podpisać z imienia. Zaraz potem ruszyliśmy na samą górę budynku, gdzie miały właśnie być sleep roomy. Ku naszemu szczęśliwemu zaskoczeniu, ten do którego wbiliśmy, był niemal pusty. Wszystkie inne były dosłownie okupowane, przez kolejnych uczestników. Naprawdę nie wiem czemu, ale do naszego się prawie nikt nie dołączał. Raz po raz wpadali tylko pojedynczy ludzie.

Wspomnę o tym jeszcze później, ale ostatecznie wyszło na to, że byliśmy w sleepie z małą grupką uczestników i paroma wystawcami i prelegentami XD Wiem, nic nadzwyczajnego, ale takie osoby zwykle mają własnego sleepa.

No, ale wracając do sedna sprawy, od razu się wypakowaliśmy i rozłożyliśmy. To był też moment, w którym mój brat postanowił otworzyć sok porzeczkowy który tak wybuchnął, że uwalił mu bluzę, trochę mojego koca i jego matę. Być może nie powinna tego w ogóle pisać, ale po raz kolejny ogarnęła mnie złość, gdy zauważyłam, że w ogóle nie sprawdził stanu tej maty - leżała zwinięta na szafie - chociaż prosiłam go, żeby był przygotowany podczas pakowania. Po prostu ściągnął ją z szafy i tak spakował...nieco później okazało się też, że tylko ja mam szczoteczkę, pastę, jakieś jedzenie i co ważne, łyżkę. No wiecie, niby jesteśmy dość zgranym rodzeństwem, ale podczas pakowania każdy zajmuje się sobą.

Nie chciałam obciążać się dodatkowo torbą z jedzeniem - szlibyśmy jeszcze wolniej - więc miałam w planach zapchać się tego dnia jogurtami w porze obiadowo - kolacjowej a rano wyjść sobie na jakieś śniadanko albo do sklepu, albo do budek przed budynkiem. Ostatecznie wyszło na to, że podzieliłam się prowiantem z bratem, bo cały czas na mnie patrzył podczas jedzenia...

Trochę nie chciałam tego robić, ponieważ nieco wcześniej, podczas kiedy już się ogarnęliśmy z miejscem, postanowiliśmy zejść na dół, na jedno z kilku otwartych stoisk, gdzie sprzedawała nasza znajoma. Tak, okazało się, że połowy wystawców nie ma, ale się nie przejmowaliśmy. Jak już wspominałam, niekoniecznie chciałam dzielić się z bratem jedzeniem, ponieważ wiedziałam, że nie ma swojego, ale pomimo tego, iż obydwoje mieliśmy w gotówce tylko po stówce, od razu stwierdził, że kupi kocie łapki za prawie połowę tego.

Wiecie, ja nikogo nie linczuję, wiem, że konwent ma być przede wszystkim dobrą zabawą, ale nie potrafiłam znieść takiego braku myślenia. Szybko wykalkulowałam, że będziemy potrzebować kasy na powrót i na jedzenie przez trzy dni, a jak wiadomo, na konwentach wszystko jest drogie. Nie chciałam bratu niczego zabraniać, bo to by nie było ok, ale rozsadzała mnie myśl, że woli sobie głodować, ale mieć te łapki, które mu się do niczego nie przydadzą. Rozumiem cosplayerów, ale wobec jego osoby...no to po prostu nie był mądry zakup. Jeszcze mu się do nich sama dorzuciłam o 10 zł, asertywna jestem, nie? Po prostu kiedy mnie zapytał o dorzutkę, to zdałam sobie sprawę, że cały czas czymś się irytuję i jestem ogólnie zła i nie chciałam teraz jeszcze zrobić z siebie sknery. No wiecie, chciałam żebyśmy miło spędzili czas, ale po prostu mi nie wychodziło.

Postanowiłam w międzyczasie iść na kilka prelekcji. Niestety, na początku było...no nie najlepiej, gdyż wybrałam się na przegląd anime w tym sezonie i cóż...chyba pierwszy raz zdarzyło się tak, że nie było zupełnie nic wartego uwagi. Jakby tego było mi mało, w połowie moje plecy zaczęły tak bardzo boleć, że musiałam wyjść i iść się położyć do sleepa. Myślałam już, że nie wyjdę z niego do czasu powrotu, ale zachęcił mnie jeden punkt programu, jakim była prelekcja o kreskówkach. Tam na szczęście zdrowo się pośmiałam i mniej więcej pod koniec zdecydowałam się wrócić do sleepa.

Oczywiście byliśmy też na paru innych prelekcjach, pograłam trochę w gry, ale ogólnie w pierwszym dniu nie działo się zbyt dużo. No znaczy nie do końca, bo w sleep roomie udało nam się jeszcze odbyć długą, naprawdę fajną dyskusję na temat ulubionych anime, youtuba i innych spraw. Skończyliśmy koło pierwszej w nocy i jako iż nie gadając z nikim i nie robiąc niczego czułam się bardzo niezręcznie, zdecydowałam się iść spać.

Dzień 2
Przyznaję,, drugi dzień konwentu nie mógł chyba pójść gorzej i jednocześnie lepiej. O co chodzi w tym pokrętnym stwierdzeniu, już tłumaczę!
Pod wieczór, zakwasy po targaniu tych wszystkich klamotów przez kilka kilometrów zaczęły dawać o sobie znać, czułam się naprawdę obolała. Jak się pewnie domyślacie, przez noc efekt się spotęgował. Jakby tego było mało, okazało się, że mój koc jest za cienki, żeby spać na nim na podłodze - chociaż to śpiwór w rzeczywistości...- nawet po złożeniu na dwa i w efekcie spałam w jakiejś dziwacznej pozycji, byle było mi względnie wygodnie. Nie, to nie koniec, w środku nocy do naszego sleepa wpadł jakiś randomowy gościu, drąc się, gdzie jest jego czajnik, bo okazało się, że ktoś od nas pożyczył. Nikt nie odpowiedział, chociaż jestem pewna, że innych też to obudziło, i tak sobie zleciała ta upojna nocka.

Mniej więcej w godzinach wczesno - porannych odkryłam, że przez cały ten czas było otwarte okno, gdyż po otwarciu oczu czułam się jak kość zostawiona na mrozie, nie wspominając o tym, że wszystko mnie bolało. Wciągnęłam na siebie wszystko co miałam, ale i tak dalej marzłam...Wiem, mogłam wstać, przesunąć parę rzeczy, zamknąć okno i tak dalej, ale ja już na nic nie miałam siły. Obudziłam się chyba nawet bardziej wykończona, niż po naszej drodze na sam konwent. Podniosłam się z miejsca dopiero po godzinie ósmej, ale minęło jeszcze sporo czasu nim wyszłam ze sleepa. Kiedy w końcu rozprostowałam kości, zdecydowałam się sprawdzić, jak się mają sprawy z wystawcami. Dalej prawie nikogo nie było, ale w sumie to się nie dziwię, skoro po wyjściu z pociągu ląduje się w polu.

Nieco później, ja i mój brat zaczęliśmy dyskutować na temat naszego powrotu, doczłapać się z tymi bagażami z powrotem na stację - bo dworzec był w *uj daleko - i mieć nadzieję, że będzie w najbliższym nam czasie przejeżdżał jakiś pociąg powrotny. Brzmiało kiepsko, szczególnie iż byłam tak obolała, że nie mogłam utrzymać telefonu przy uchu. Z wybawieniem przyszedł nasz tata, który zaproponował, że podjedzie pod nas jeszcze tego samego dnia wieczorem, bo ma pociąg dopiero po dwudziestej pierwszej. Tak, szykowałam się na ten konwent cały rok, a ostatecznie byłam pierwszą która wyraziła aprobatę tego pomysłu.

Nie zrozumcie źle, lubię Jagacon, po prostu w tym roku nie wyszło...zbiera się tam wielu fanów anime, ale na sali wystawowej praktycznie nic dla nich nie było, wszystko kręciło się głównie wokół Star Wars i gier MMO. Wiem, to był w tym roku motyw przewodni, ale Jagacon zawsze miał to do siebie, że motyw obowiązywał bardziej dla uczestników a właściwie cosplayerów czy staffu. Jeżeli chodziło o program, zwykle było po prostu wszystko. Niestety, w tym roku dużo osób narzekało, że z ich punktu widzenia, po prostu nie dzieje się zbyt wiele ciekawych rzeczy. Mało tego, wielu wystawców nie dotarło w ogóle, a niektórzy z mocnym opóźnieniem. Tak samo było z uczestnikami/ Na konwencie było naprawdę bardzo mało osób, głównie ze względu na lokalizację. Wiecie, Suchedniów to też w sumie wieś, ale nie tak mocno jak Kostomłoty. Jak już wspominałam, ciężko tam w ogóle dojechać, a wysiadając z pociągu, ląduje się w polu!

Ale wracając do rzeczy, większą część dnia miałam zamiar spędzić w sali kinowej, gdyż leciała pierwsza i druga część Ghost in the shell, a ja byłam mocno ciekawa obu z nich, by z tego co słyszałam, każdy je sobie chwalił i dość wysoko oceniał. Później miał odbyć się konkurs cosplay, po którym zamierzałam trochę posiedzieć i wrócić. Prosta sprawa, nie? No nie...

Przyznam szczerze, że zdecydowanie nie jestem fanką Ghosta, ale o tym może wypowiem się przy okazji kolejnego posta. W każdym razie, wytrzymałam do końca filmu tylko dla tego, że głupio było mi przejść przez salę, zasłaniając innym widok. Po pierwszym wróciliśmy do sleepa, gdzie z resztą ludzi udało nam się, że tak powiem...wytworzyć pewną grę. Każde z nas wertowało książkę i czytało pierwsze zdanie, trochę później pierwsze i trzecie, potem jakiś akapit i tak dalej. Rzecz w tym, że przeczytane słowa miały być wróżbą na przyszłość. Dawno się tak nie uśmiałam ;D Dopóki nie przeczytaliśmy tytułu książki, który traktował o drugiej wojnie, byliśmy pewni, że to jakieś zwariowane fantasy. Poważnie, nasze zdania były naprawdę powalone. Przykład: Spojrzał na odpływ, nie chcąc wypuszczać z ręki tego cholernego włosa", lub ,,Miał nadzieję, że Niemcy wejdą do jego łazienki prowadzeni ciekawością, a nie zawartością pęcherza".

Kiedy już skończyliśmy, doszłam do wniosku, że skoro nie muszę martwić się już o bilet ani jedzenie na kolejny dzień, to po prostu zejdę na dół i wszystko wydam, tak po prostu, żeby poprawić sobie humor. O tym przeczytacie także w kolejnym poście, ale kupiłam tyle pocki ile tylko byłam w stanie i wróciłam w miarę zadowolona na górę.

Postanowiłam nie rezygnować z jako takiej zabawy, skoro jeszcze miałam okazję i postanowiłam, że założę w końcu swój strój. Pierwszego dnia byłam po prostu zbyt zmęczona i obolała, żeby bawić się paskiem i innymi takimi. Tak więc zbieram swoje manatki i idę do żeńskiej toalety na piętrze. Co się okazuje? Pierwsza kabina wyłączona z użytku, w sumie nie wiem czemu. Druga całkowicie zalana. Postanowiłam być dobrej myśli i weszłam do tej zalanej...ale wtedy odkryłam, że nie da jej się nawet zamknąć. Momentalnie odechciało mi się szukania innych łazienek. Byłam po prostu coraz bardziej wściekła. Wróciłam do sleepa gdzie przesiedziałam na telefonie kolejną godzinę, aż zdecydowałam się pójść pograć w gry z obcym. Powiem szczerze, że to mi trochę poprawiło humor

Wiem, że wciąż tylko narzekam i narzekam, ale czas naprawdę ciągnął się wtedy niemiłosiernie długo, szczególnie, że nie mogłam dobić się telefonicznie do taty, żeby zapytać o której dokładnie zamierza przyjechać. Chciałabym być bardziej pozytywnie nastawiona do całej sprawy, ale byłam niewyspana, nieziemsko obolała, zawiedziona, w nocy lekko mnie przewiało i...po prostu chciałam odpocząć w swoim łóżku.

Także ten, w ostatniej godzinie wyszłam z bratem do pobliskiego sklepu, po jakieś jedzenie, bo zaczęliśmy jednak głodnieć. Padło na takie kubki z proszkiem które zalewa się wrzątkiem i wychodzi z tego coś w miarę normalnego. W sumie, pół konwentu się tym żywiło. I wiecie co? Na sam koniec, coby mi się chyba nie nudziło, dokładnie w momencie w którym zalałam sobie jedzenie, tata zadzwonił, że jest na parkingu i na nas czeka. Już nawet nie wiedziałam, czy się po tym wszystkim śmiać czy płakać.

Na szczęście, udało mi się wciągnąć mój ser z pomidorami, kiedy brat znosił nasz bagaż na dół.No ogólnie rzecz biorąc, zabłądziliśmy próbując wyjechać z Kostomłotów, ale w końcu dotarliśmy do siebie, a ja zdecydowałam się jakoś specjalnie nie rozpamiętywać tego konwentu.

W sensie, z początku byłam naprawdę mega zła, że były dość słabe prelekcje, że nie było prawie wystawców, mało loterii moich ukochanych, mało ludzi, zalana łazienka, nie udało mi się nawet założyć swojego stroju, przewiało mnie, byłam super obolała, tłukłam się przez dwie godziny przez pole i tak dalej...ale ostatecznie doszłam do wniosku, że ogółem poszło tak źle, że w sumie było chyba zabawnie ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witaj drogi czytelniku!
Będzie mi niezmiernie miło jeżeli po przeczytaniu owego posta, zostawisz po sobie jakiś ślad.

Subscribe

Flickr