,,Początkującym piszącym być", czyli najgłupsze błędy jakie sama niegdyś popełniałam.

Witajcie w kolejnym poście na blogu!
         Wiem, po raz kolejny obiecałam częstsze posty a zaraz potem zniknęłam chyba na dobre dwa tygodnie albo lepiej. Pomimo iż mój blog nie jest specjalnie znany ani też popularny, rzucę parę słów na swoje usprawiedliwienie. Od tylko dla tego, że mogę o tym wspomnieć ;) Od jakiegoś czasu usiłuję w końcu naprawdę coś stworzyć, przemyślany od początku do końca projekt w formie własnej książki, którą mam nadzieję skończyć jeszcze przynajmniej w tym stuleciu. Właśnie z tej okazji, postanowiłam napisać post o najgłupszych i najgorszych błędach jakie sama niegdyś popełniałam, gry usiłowałam brać się za pisanie książki, bez choćby najmniejszej wiedzy na temat tego, jak się to winno robić. A więc, zaczynajmy!

         Jak już wspomniałam w tej, em...przedmowie? Od zawsze byłam zafascynowana książkami - choć wcale to nie oznacza, że lubiłam je wtedy czytać - i straszliwie marzyło mi się napisanie własnej. Za każdym razem kiedy sobie o tym przypominałam, przed oczyma stawała mi przyszłość usłana chwałą i pieniędzmi, więc mój kompletny brak profesjonalizmu nawet przez chwilę nie był w stanie wybić mi tego pomysłu z głowy. Tak, około ośmioletniej dziewczynce wydawało się, że naprawdę może napisać pełnoprawną książkę...

1. Nieznajomość ortografii. 
         Choć w dzisiejszych czasach pełnych serwisów takich jak na przykład Wattpad itp, jest to przypadłość wręcz zbiorowa dla początkujących piszących, którą nikt się nie przejmuje, tak za ,,moich czasów" był to problem niemal nie do przeskoczenia. Być może kogoś to zdziwi, ale nawet gdy ja byłam dzieckiem, nie patrzyło się na teksty z myślą ,,liczy się treść a nie błędy", bo każdy zasad ortografii czy interpunkcji nie znał, po prostu czuł z tego powodu wstyd.
       Co wymyśliła mądra ja? Pisałam kawałek tekstu tak jak potrafiłam - a zwykle nie było to więcej, jak jedna karta z zeszytu - po czym wyciągałam słownik i szukałam każdego wyrazu po kolei, lub gdy za bardzo mnie to nudziło, biegałam po wszystkich domownikach, pytając jak się pisze takie słowa jak ,,rzeka", ,,drzewo" itp. Niestety, pomimo zastosowania tej bezbłędnej techniki, wiele niedociągnięć i tak się tam ostawało.
        Jak się pewnie domyślacie, kiedy już brałam się za pisanie, w ciągu całego dnia z pod mojej ręki nie wychodziło właśnie więcej, jak zapisana bykami i babolami kartka z zeszytu.

2. Ogólny brak wiedzy na temat istnienia znaków interpunkcyjnych,
       Były to już czasy, kiedy ze starych zeszytów, z dumą przeniosłam się na komputer, a dokładniej rzecz biorąc do WordPada. Wtedy właśnie w mojej małej głowie zrodził się pomysł napisania powieści fantasy z prawdziwego zdarzenia. No wiecie, takiej dłuższej niż jednak kartka w trzy linie. No i cóż, tak od słowa do słowa szło mi coraz częściej, gdyż wielkim wyzwaniem okazało się dla mnie wynajdywanie coraz to nowszych łączników pomiędzy zdaniami. Tak, usiłowałam napisać wszystko jednym ciągiem, bez zastosowania żadnych przecinków ani nawet kropek. Jedyne jakie się w ogóle pojawiały, to te nad ,,i".
     Choć mój sposób pisania był wtedy co najmniej niepoprawny, nabrałam naprawdę wielkiego szacunku do wszystkich pisarzy. Wręcz nie mogłam się nadziwić, że jakimś cudem układają historie na miarę encyklopedii (wymiarowo) a ja nie mogę sklecić nieco więcej jak jednego arkusza kartki A4 ;D

3. Brak dobrych pomysłów
       Jak już wspomniałam na samym początku, taka sobie mała ja ubzdurała sobie, że napisze powieść fantasy, ale nawet nie przyszło jej do głowy, iż nie ma najmniejszego pojęcia, jak się to w ogóle robi. No wiecie, wydawało mi się, że aby powieść zakwalifikowała się jako ,,fantasy" to wystarczy, żeby pojawiały się w niej jakieś niecodzienne rzeczy. Tak więc opisując stworzony przez siebie świat, na przykład zamiast królików, były...też króliki, ale z dwiema nogami i jednym uchem... Tak, to już był szczyt mojej wyobraźni w tamtych czasach. Mało tego, najczęściej w połowie pisania pierwszej strony, zdawałam sobie sprawę, że piszę na nowo jakaś opowieść którą znam z bajki albo telewizji, więc szybko wszystko usuwałam i tak się toczyło to koło moich młodych pisarskich niepowodzeń.

4.Tworzenie bezsensownych uniwersum
Tak, to naprawdę też da się sknocić, uwierzcie mi na słowo. Tak jak pisałam wcześniej, moje opowieści miały nie wychodzić poza ramy fantasy a mi się wydawało, że wystarczy wszystko udziwnić aby to do owej ramy zmieścić. Tak więc nie widziałam nic dziwnego w tym, że opisuję rozległą pustynię, którą główny bohater przeszedł w sumie w kilka minut... Dalej było miasto pełne targów warzywnych i innych takich - na pustyni. Było tam także mnóstwo postaci posiadających grube futro lub ubranych niesamowicie grubo jak na fakt, że znajdują się właśnie - na pustyni. Mało tego, zaraz za owym miastem był port i może. Dokładnie tak, żadnej strefy pośredniej, krzewinek i innych takich. Po prostu sucha i martwa pustynia a zaraz obok chlupocze woda i sprzedaje się warzywa...  Mało tego, raz stworzyłam antyczne miasto w środku dżungli, a kawałek dalej biegła autostrada. Tak po prostu. Jak się zapewne domyślacie, dopiero po kilku kolejnych latach zdałam sobie sprawę z tego, iż nie było to fantastyczne, a po prostu bezsensowne.

5.Idealizowanie głównego bohatera
Przy moich pierwszych próbach pisania czegoś poważniejszego, niesamowicie wczuwałam się w głównego bohatera/ bohaterkę i czułam się trochę tak, jakby był moją wizytówką. Osobą która mówi ludziom o tym, jaka ja jestem. Z tego też powodu zawsze usiłowałam nadać mu jak najwięcej takich fajnych cech. Moi główni bohaterowie zawsze byli więc niesamowicie dumni, nie mogli nie wyjść z tarapatów nie w jednym kawałku, nie było mowy aby kiedykolwiek zostali poniżeni, lub ktoś się na nich zawiódł. Innymi słowy, epopeje o Marry i Garry Sue..
     W sumie, mogę opowiedzieć wam ciekawą anegdotę. Jak już wspominałam, po jakimś czasie przeniosłam się na komputer, ale tym razem był to już nawet własny laptop. Moja pierwsza opowieść, która w moich oczach stać się miała światowym bestsellerem dumnie świeciła sobie ze środka pulpitu. Raz coś naprawdę poważnie przeskrobałam ( a mianowicie odmówiłam chodzenia do kościoła) i owe urządzenie zostało mi skonfiskowane. Przez ten czas, mój tata musiał chyba przeczytać moje wypociny, które jak na złość zostały przeze mnie nazwane ,,God of destiny" bo kiedy znów odzyskałam laptopa, pliku już nie było. Wtedy strasznie rozpaczałam z tego powodu, ale dziś cieszę się, że nie miałam okazji tego skończyć ;D

6.Tworzenie głównego złego, który jest zły bo tak
Tak, też kiedyś przeszłam przez ten etap XD Strasznie chciałam stworzyć jakiś czarny charakter do jednej ze swoich opowieści, ale kompletnie nie wiedziałam jak to zrobić. Moja jedyna wiedza skupiała się wokół tego, że jak jest zły, to z rozmachem i ma wyglądać złowieszczo. Tak właśnie stworzyłam wysoką na kilka metrów pół-kościotrupią babkę z fryzurą ala anime hard (a za Chiny ludowe nie potrafiłam jej opisać) która chciała zniszczyć głównego bohatera tylko dla tego, że...no właściwie nie wiem dla czego, bo nigdy nie dotarłam do momentu, w którym miałam to wyjaśnić.


No cóż, na sto procent popełniałam jeszcze wiele innych karygodnych błędów, ale te zachowały się w mojej pamięci najlepiej. Kto wie, może niedługo wstawię kolejną część, lub opiszę jakieś inne aspekty mojej dziecięcej twórczości ;3 Teraz jednak mam coś innego do napisania. Wiem, że pewnie się przez to pogrążę, ale co tam! Wstawiam wam fragment jednego z moich pierwszych opowiadań, z oryginalną pisownią:
Czasem muwi się że ktoś żyje w zupełnie inny świecie w moim przypadku to nie jest przenośnia bo gdy skończyłam 10 lat wraz z rodziną przeprowadziliśmy się do Milroy miasta położonego na samym środku zajęczej wyspy nazywa się tak bo żyje tu bardzo dużo zajęcy ale nie wyglądają jak typowe zające i mają tylko dwie nogi (tu był rysunek) na zajęczej wyspie mieszkają tysiące niesamowitych stworzeń ale trzeba by wielu lat by je wszystkie opisać. (pierwsza kropka, yeah!) W mieście nie mieszka zbyd  wielu ludzi na mojej ulicy góra ośmiu, ale (o! nawet przecinek się znalazł) nigdy się tu nie nudzę gdyż zawsze znajduję coś do zabawy z Lin. Lin to moja dobra przyjaciółka właściwie jedyna. (tu jakiś zamazany fragment tekstu) Jest elfem ale raczej nie jest specjalnie mądra za to bardzo zabawna. Ona każdego potrafi rozśmieszyć do łez (koniec, bez odbioru...ekhm! kropki)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witaj drogi czytelniku!
Będzie mi niezmiernie miło jeżeli po przeczytaniu owego posta, zostawisz po sobie jakiś ślad.